25.05.2005 :: 02:29
??? Dobra, nie moge spac, nie chce mi sie czytac. Nie chce mi sie nic. Boje sie jutra. Wszyscy sobie poszli. Wkurzam sie. Nawet nie wiem na co. Jakies setki mysli bez ładu i skadu, niekonczace sie koszmary, ludzie i strach. Ludzie... wlasciwie czego oni ode mnie wymagaja? Tego zebym byla taka jako oni chca. Kiedy ja nie chce byc taka. Chce by soba. Czo byc soba to znaczy byc zla? Robie cos po swojemu. Patrza na mnie jak na kogos, kto wlasnie uciekl z wariatkowa. Tylko dlatego, ze "to powinno robic sie inaczej". Dlaczego inaczej, skoro i tak wyjdzie to samo? Dlaczego gdy wybieram cos, czuje na sobie zpojrzenie z cyklu "znowu bierzesz jakies gowno"? Dlaczego gowno? Tylko dlatego, ze wybieram je w zgodzie ze soba? Czyli moze ja jestem gowno, skoro gowno jest w zgodzie ze mna? Dobra, rozumiem kazdy ma swoj gust, swoje zdanie, ale gdzie do kurwy nedzy jest ta tolerancja, o ktorej wszyscy wciaz pieprzą? Jestesmy spoleczenstwem tolerancyjnym! Jestemy za tolerancja! Tylko czemu wciaz czuje na sobie spojrzenie typu "ty chyba jestes nienormalna". No i jestem, i na domiar zlego powiem ci jeszcze, ze jestem z tego powodu szczesliwa. Wlasnie wtedy gry robie co chce, jak chce, a ty nie gapisz sie na mnie jak na ufo. Bo co to wlasciwie jest ta normalnosc. Zlota klatka z przylutowana tabliczka z napisem normalnasc. Klatka, w ktorej nie ma drucikow, to co nie pozwala nam wyleciec to stek bzdurnych przykazan, definiujacych obowiazujaca "normalnosc". To co wypada, co jest kulturalne, co jest grzeczne, stosowne, miesci sie w kanonach, nie odbiega od norm, jest akceptowalne, nie przyciaga niczyjej uwagi, nie wzbudza kontrowersji, nie jest ryzykowne, jest modne, jest bezpieczne, spokojne, rozwazne, nie jest zabronione przez Kosciol, nie jest dla ciebie za powazne, ani za błache, nie jestes na to ani za stary , ani za mlody, nie wzbudza smiechu, a padre Rydzyk nie potepil tego w swoich audycjach... To zaraz? Czy ja mam swoje wlasne zycie przezyc tak jak ja chce? Czy moze tak jak ktos sobie zyczy? Bede nosic rozowe minispodnizki w pomaranczowe gorchy, do tego zielone trampko-baletki i zolta bluzke z tylko jednym rekawem tylko dlatego, ze jest tak modnie. Wybiore kierunek, na ktory na pewno sie dostane, a po nim znajde prace, ktora choc nie przyniesie mi ani korzysci, ani wieksze kasy, tylko monotonie i pewnosc, ze jutro bedzie rownie pewne jak dzisiaj. Potem wyjde za maz, za statecznego człowieka, ubranego rownie modnie i majacego rownie monotonna i maloplatna prace jak i ja. W poniedziałek ugotuje mu rosol, we wtorek ogorkowa, w srode pomidorowa, w czwartek krupnik, w piatek jarzynowa, w sobote grochowke, w niedziele flaczki, w poniedzialek znowu rosol, we wtorek znowu ogorkowa i tak dalej do konca zycia, "bo tak ma być". W wieku dwudziestu pieciu lat urodze dziecko, bo jest "najzdrowiej", w wieku trzydziestu drugie "bo tesciowie sie dopominaja", zmienie rozowe spodniczki na fioletowe, "bo tak sie mezowi" podoba. Wakacje bedziemy spedzac w gorach, a weekendy na dzialce, w niedziele do kosciola. Po emeryturze, kazde w innej czesci mieszkania bedziemy ogladac glupie seriale... Pieprze? Nie... to jest wlasnie "normalne" zycie. Takie... normalne, takie jak wszyscy wymagaja. A gdzie jest miejsce na to co ja chce? Samolubstwo? Egoizm? Niech bedzie, moge byc przezarta samolubstwem do szpiku kosci egoistka, ale bede zyc tak jak chce... jako wyrzutek spoleczny. Boli mnie to... boli mnie to, ze sama nie mowie nikomu jak ma zyc, a wciaz czuje na sobie spojrzenia, wciaz slysze slowa, ktore kaza mi byc taka a nie inna... Zakrecona jestem, musiałam sie "wypisac"... Jeszcze mała dygresja, do tych ktorzy lubia oczojebne kolorki... wybaczcie, to byl najlepszy przyklad w moim przypadku, bo ja praktycznie bezprzerwy chodze w czerni...