When I was young...
Przestaje myslec o maturze i o tym jak ja skopalam...Przestaje myslec o maturze i o tym jak ja skopalam... Przestaje myslec o maturze i o tym jak ja skopalam... Przestaje myslec o maturze i o tym jak ja skopalam... Przestaje myslec o maturze i o tym jak ja skopalam...
Dobra... naprawde przestaje, bo to nie ma sensu. Jeszcze tylko załamka pod koniec czerwca i na poczatku lipca i koniec. Bo naprawde spieprzylam i nie mam co liczyc na cud...
-KONIEC ROZSTRZˇSANIA-
Dzisiaj zdarzyły sie dwa cudy. Wstaje z łozka, biore lusterko, patrze na ryjek... a tam nie ma tych paskudnych krostek, ktore ostatnio mnie wysypały. Nawet nie wiem skad sie to dziadostwo wzielo. Pewnie pyl± jakies chabzie (jesli napisałam blednie to wybaczcie, nie mam slownika pod reka). W kazdym razie ryjem mam juz w miare gladki. Ufff juz sie balam, ze znowu do dermatologa po jakies mikstury. Co do drugiego cudu, to po prostu szok. Moja siostra wyciagnela dzisiaj spod fotela torbe, ktrej nie nosilam od dobrego miesiaca. Jak zwykle wypakowała moje szpargały... stare paragony, zapasowa podpaske, chusteczki, blyszczyk... i piedziesiat zlotych!!! Szok. Jestem w dolku finansowym, na 29 musze miec stowe a tu jakies grosze i jeszcze wydatki. I taki zastrzyk... jak tu sie nie cieszyc?
A tak w ogole to odwala mi do reszty. Moze jestem glupia i dziecinna, ale po prostu sa rzeczy, ktore sprawiaja mi frajde, albo po prostu przywoluja wspomnienia... Ostanio sciagnelam kilka odcinkow Czarodziejki z Ksiezyca. Siedze jak glupia przed monitorem i ogladam. Rany... z ta bajka wiaze sie tyle wspomnien... Jak bylam mała to miałam fioła ja punkcie czarodziejek. Zreszta nie tylko ja, moje dwie owczesne przyjaciolki tez. To byly czasy... Z przerosnietej rzodkiewki i połamanego kija od miotły robilo sie pałeczki i ganialo dookoła domu. Szylysmy kostumy ze starych koszul i kalesonow. To nic, ze darly sie na kazdym kroku, albo z zoltych rajstop robiło sie peruki. Bylam glupiutkim dzieckiem, jednoczesnie bardzo pomyslowym. Zawsze to ja wymyslalam rozne rzeczy, czesto ajglupsze, ktore potem z zapalem wcielałysmy w zycie. Kiedys wymyslilysmy sobie miniature ukladu slonecznego. Brakowalo nam wowczas plasteliny na Saturna, wiec przyszlo mi do glowy alternatywne rozwiazanie. Zolta plastelina oblepilysmy cebulę. Jakos tak wyszlo, ze nie skonczylysmy pomyslu. Kilka miesiecy potem znowu przybylysmy na strych, patrzymy a na stole nadal lezy slynny Saturn. Pech chciał, ze spadl nam na podloge. O rany ale smrod... Nie wiedzialam, ze cebula moze tak cuchnac. Fee... Saturn skonczył w krzakach za oknem.
Nasze zabawy nie ograniczały sie tylko do bajkowo-plastycznych przedsiewziec. Tak sobie teraz mysle, ze mialysmy kupe szczescia. Wdrapywanie sie na czubek drzewa to byla chyba najmniej niebezpieczna zabawa. Razem z A. mieszkalysmy wowczas w stare szkole. Byla to wiekowy, poniemiecki budynek, dwie kontygnacje i stryszek. Na strych nikt bez wyraznej potrzeby nie wchodzil. Po pierwsze byl to nisko, ciemno, i na dodatek nie sprzatano tam chyba od dobrych szescdziesiecu lat. Owy strych stanowilo samo poddasze. Tylko krokwie dachowi i dachowki. Wszystko bylo tak straszliwie suche, ze mozna bylo zdrapac warstwe drewna samymi paznokciami. My, genialne dzieci, bralysmy sobie tak z dziesiec swieczek, rozstawialysmy sobie w kolki i siedzialysmy. Cicho, cieplo, przyejmnie... A wystarczyla by jedna iskra... zgroza...
Podobne poddasze tylko nowsze miala wlasciwa szkola. Nowy i potezny gmach, z wyjatkowo wysokim sufitem na ostatnim pietrze i drabina, zazwyczaj dla bezpieczenistwa zablokowana. Jako nauczycielskie dzieci, mialysmy pewne przywileje. Nikt nie wyganial nas gdy popludniamy wloczylysmy sie po szkole. Zawsze mozna bylo powiedziec, ze przyszlo sie do mamy po klucz, albo ze czeka sie na rodzicow... Stryszek ten zawsze na kusil, wiec pewnego cieplego popludnia, po upwnieniu sie, ze nikogo nie mia, odblokowalysmy drabine i ruszylysmy na zwiedzanie. To byla frajda, byc tam gdzie jeszcze nikt nie byl... Na stryszku oprocz belek, do ktorych przymocowane byly kasetony, nie bylo niczego innego. Pod cienka warstwa styropianu, bylo jakies czety czy piec metrow i beton. A my spacerki sobie urzadzalysmy "sciezkami"... Tak sobie mysle, ze ja jedenak duzo zmadrzalam od tamtych czasow... Juz nie bawi mnie przebieganie przez trojpasmowke we Wrocławia i nie daje sie namowic na wiele wybrykow... Po munerze z tras± wrocławska uslyszałam, ze jestem wapniak. Wole byc wapniakiem niz trupem na autostradzie... Tak zapewne skonczylo by sie to, gdyby nie moj sprzeciew... Pare dni lub tygodni po tym wydarzeniu przejezdzalam tamtedy. Kilkaset metrow od tego miejsca, pogotowie zabierało kogos, prawdopodobnie przebiegał sobie w najlepsze... Dodam jeszcze, ze to byl ostatni nasz wspolny wypad do Wrocławia. Potem przyjazn sie rozsypała... One i ja... Bylam zbyt inna, one zbyt sie zmienily... jednak nie pwoem, ze jest mi szkoda. Nie jest... dluga opowiesc. Przestałam byc ta trzecia, ta dzieki ktrej mozna bylo poleczyc sobie kompleksy udowadniajac jej, w ten czy inny sposob, ze jest gorsza i nie pasuje do reszty. Ale to zbyt dluga i przykra historia, a ja jestem zmeczona. Dobranoc wszystkim, ktorzy tu zajrza...
|