12.05.2005 :: 22:31
W pułapce własnych myśli... Za grubym szklem, w zoltawej wodzie rozly rosliny. Wielkie, rozlozyste o soczyscie zielonej barwie. Z pomiedzy nich wyłaniały sie ostre koralowce, koloru kosci sloniwej... nieziemski widok. Zastanawiałam sie tylko czemu nie ma tam zadnych rybek. Wujek mi podarowal te akwarium... ogromnie, gdy nie widziałam wiekszego. Prawie jak basen dla dzieci, co rok wystawiany w ogrodku. Musiałam tylko zmienic wode, bo zbyt dlugo stała juz. Nawet nie wiem jak to sie stało... za grbym szkłem pływały wegorze... Jedne wielkie i czarne inne małe i chude. Były także jasne w plamnki, oraz z metalicznie polyskujacymi luskiami. Byly ich setki... klebily sie w wodzie niczym gniazdo węży. Balam sie ich... panicznie. Wzbudzały nie tylko strach, ale i obrzudzenie. Akwaruim było takie piekne... przeznaczone dla małych kolorowych rybek, przemykajacyh miedzy roslinkami. W co bylo... kłebowisko paskudych wegorzy! Ktos powiedział, zę to z brudu, ze woda zbyt dlugo nei byla zmieniana. Wujek pokazał mi jednego, wił sie jak zmija... jego łuska polyskiwała na rozowo. Polozyl mi rybe na rece... owinela sie wokol dloni. Prawie zrzuciłam ja... jej ciało bylo zimne i sliskie, pokryte jakby mulem... nie wiem czemu. cZułam odraze to tych stworzen. Blakałam sie w poszukiwaniu innego akwarium, gdzie przetrzymałabym ryby, na czas zmiany wody. Mnowstwo szkiel bylo na strychu, jednak byly zbyt małe. Nie wiedziała co zrobić. Wybrałam najwieksze, jednak nawet ono okazalo sie niewystarczajace. Gdy wrociłam do mojego akwarium, ktos zamontował je na dzwigu, by wylac brudna wodę. Wegorze jednak nadal byly w srodku. Zastanawiałam sie co robic. Pomyslałam, że wyleje wode razem z rybami, a potem pozbieram je. Nie bylam do konca przekonana, nie chciałam zrobic im krzywdy... Muiałam jednak wymienic wodę... Silnie pociągnełam za sznur. Ogromne szkło przechyliło sie i dziesiatki litrow wody wloło się na posadzkę. Razem z nią wyplyneły wegorze. Wszystkie nie zyly... Cala podloga pokryta byla martwymi rybami. Sliskie ciała lezaly polatane ze soba, gdzieniegdzie ruszały sie jeszcze. I ten rozdzierajacy bol... zabiłam je, choc nie chcialam... Co ja zrobiłam?! Obudziłam sie na szczescie... nie chce wiecej takich snow. One bola jak rzeczywistosc...