...
Po dlugim meczacym dniu i seansie "Zycie za zycie". Film przemawiajacy... nadal jednak nie mam jednoznaczej opinii na temat kary smierci. Z jednej strony narzucajace sie pytanie "Czy na pewno to zrobił?", oraz mysli... "Czy Bóg dał nam prawo odbierania komus zycia?", "Zabijamy w imie sparwiedliwości, jednak zabijamy. Robimy to, za co kogo innego skazujemy na smierc"... Jednak czasem ogladajac wiadomosci widzi sie i slyszy o rzeczach tak okrutnych i nieludzkich, ze nie ma innego wyjscia, nie ma... Bo nie wyobrazam sobie, zeby ktos, kto wlasne dziecko roztrzaskal o sciane, mogl zyc sobie spokojnie przez najblizsze dwadziescia lat, a potem prawdopodobnie zostac wypuszczony i zyc sobie dalej normalnie... Nie wyobrazam, ani jako czlowiek, ktory bedzie potem musiał zyc z kims takim w jednym miescie/ulicy/domu, ani jako ktos, kto patrzy na to z daleka, i do niego nalezy wybór co z takim czlowiekiem, albo raczej zwierzeciem zrobic. Jestem okrutna, jednak taka jest prawda...
Ten film zawierał jeszcze jeden nurtujacy mnie aspekt - smierc dla idei. Jakkolwiek piekne bywajaja idee, to jednak nie wiem czy bylabym w stanie zginac dla nich... Zycie to najwiekszy skarb, nie wiem oddałabym je chocby za największe marzenie... bo idea to nic innego jak marzenie. Walczy sie o nie, oddaje wszystko, a one zwykle upadaja z glosnym hukiem... imperia, komunizm, demokracja, czy chocby najwyklejsze sny o slawie i bogactwie. Dla nich robi sie wszystko, a potem traci sie je w ciagu jednego dnia. Jedynie chyba te niewielkie i srednie marzenia mozna spelnic, te ktore delikatnie zmieniaja rzeczywistość... jednak czy dla niech warto oddawac zycie...?
Ale mnie wzielo na refleksje... Nadmiar wrazen...
|